jump to navigation

„Eksperyment Gurdżijewowski: Część Trzecia – Absolutna groza” – Alan Chapman 08/05/2010

Posted by Wędrowiec in praktyki, tłumaczenie, wyimki z dziennika, źródła.
Tags: , , , , , , , ,
trackback

Autor: Alan Chapman
Źródło: The Gurdjieff Experiment Part 3: Absolute Terror
Tłumaczenie i przypisy: Wędrowiec @ dziwnyatraktor

12. stycznia 2007 rozpocząłem Eksperyment Gurdżijewowski. Oto Część Pierwsza i Druga.

Wyniki: 23/01/07 – 11/02/07
Podczas tego okresu wdrożyłem trzy dodatkowe ćwiczenia Gurdżijewowskie: dwa wspierające ćwiczenia „stopu” dla ułatwienia mojej ciągłej praktyki rozszczepiania uwagi i jedno ćwiczenie „nowości” polegające na przyjmowaniu perspektywy każdej napotkanej osoby.
Ćwiczenia „stop” polegają na świadomym pamiętaniu o włączaniu ciała (czy jego części) do świadomości, kiedy jem (Gurdżijew utrzymuje, że chrześcijańska tradycja dziękczynienia przed posiłkiem stanowi zdegradowaną formę tej starożytnej praktyki ezoterycznej) i kiedy przechodzę przez drzwi.
Szczerze mówiąc, myślałem że te ćwiczenia „stopu” będą proste jako że nie miałem kłopotów z podzieleniem uwagi przez większość czasu. Jednakże poniosłem widowiskową klęskę. Przez trzy dni pod rząd przypominałem sobie o sygnale „stop” w połowie kanapki albo trzy sekundy po zatrzaśnięciu drzwi frontowych. Tylko dwa razy powiodło mi się z tymi ćwiczeniami.
Poza zawstydzającym „stop” podszedłem też kiepsko do trzeciego ćwiczenia – trwało ono może przez jeden dzień…
Mimo tego zwykłe dzielenie uwagi stało się niejako nawykowe. Choć nie ciągle, to jednak często budziłem się mając już część ciała w polu uwagi. Ku mojej wściekłości, choć przyszło łatwo, to wymagało o wiele zbyt dużego wysiłku.
Przez dobry tydzień chciałem zakończyć cały ten eksperyment.

Stop
Jedynym, co mnie powstrzymywało były wyniki codziennej medytacji:
21/01/07 – podczas praktyki napotkałem ciekawe zjawisko. Ciemność „pod moimi powiekami” utworzyła sferę i stała się jednocześnie ogromna i maleńka. Doświadczyłem czegoś takiego wcześniej (kiedyś zeszłego roku) i sprawiło, że poczułem się naprawdę dziwacznie.
31/01/07 – natychmiast po medytacji wpadłem w „trans zachwytu”; wszystko wydawało się cudowne.
01/02/07 – wydawało się, że egzystencja jest jak szablon, a moja świadomość znajdowała się po obu stronach tego „wzornika”.
Pomiędzy drugim a ósmym lutego wkroczyłem w buddyjskie bezforemne krainy, jakbym wkraczał w stan nicości. Muszę zwrócić uwagę, że nadal obecne było doświadczenie, ale doświadczenie nieobecności. Przez nicość nie rozumiem tu „pustki” (więcej na ten temat w „Mastering the Core Teachings of Buddha”).
08/02/07 – medytowałem trzykrotnie (po 30 minut za każdym razem). Ponownie napotkałem dziwne sferyczne zjawisko, ale tym razem spodnia połowa sfery wydawała się być wywrócona na drugą stronę.

Nikt mi o tym nie powiedział
09/02/07 – medytowałem trzykrotnie (po 30 minut za każdym razem). Za drugim razem wydarzyło się coś okropnego.
Zacząłem przechodzić liczne transe (jhany lub dhjany), kiedy nagle „wypluło” mnie w trans i świat fizyczny zaczął się „rozcinać” na pół. To było okropne. Próbowałem zastosować technikę „odnotowywania”[1] wobec strachu, który się gromadził, jednak w końcu przemógł mnie i wypadłem z asany w stanie absolutnej grozy.

Przepraszam?
Dzień przed tym doświadczeniem czytałem „Opowieści Belzebuba dla wnuka”. Dotarłem do rozdziału 18., gdzie Belzebub przywołuje swój udział w eksperymencie z ptasim przyjacielem z Saturna. Obaj wchodzą do specjalnego urządzenia, które wypompowuje wszelkie zjawiska[2] pozostawiając eksperymentatorów (w specjalnych kombinezonach) w obliczu podstawowych sił wszechświata „widzianych z zewnątrz”. Na stronie 165.[3], jego ptasi przyjaciel unosi się w powietrzu nad swoim fotelem „jak szczeniak, który wpadł do głębokiego stawu”. To dlatego, że „napiął niektóre części swojego planetarnego ciała bardziej niż to było konieczne”.
A potem natrafiamy na ten ciekawy fragment[4]:

Powiedziawszy to z uśmiechem, Belzebub zamilkł. Po chwili uczynił dziwny gest lewą ręką i z nieswoją intonacją kontynuował:
W miarę, jak stopniowo przypominam sobie i przekazuję ci wszystko, co ma związek z wydarzeniami z mojej odległej przeszłości, pojawia się we mnie życzenie, by poczynić szczere wyznanie… Mimo wszystko moja esencja pozwoliła sobie wpełznąć w moje bytowanie i rozwinąć się, wraz z dziwnymi doświadczeniami, w karygodnie egoistyczny niepokój o bezpieczeństwo mojego osobistego istnienia.
Jednakże, mój chłopcze, byś w tym momencie nie obawiał się zbyt mocno, niezbędne jest dodanie, że nastąpiło to we mnie po raz pierwszy i ostatni w historii mego bytu-egzystowania.

Wygląda, jakby ktoś chciał, żebym wiedział czego do diabła doświadczę.
Pamiętając co przeczytałem ledwie dzień wcześniej „wszedłem z powrotem” po dziesięciominutowej przerwie, zamierzając przenieść zagładę na przyszły tydzień.
Medytacja numer trzy odkryła przede mną, że śmierć istnieje zaledwie „tutaj”. Doświadczamy jej w życiu; „druga strona” (którą zwykliśmy uważać za początek śmierci) nie jest ani życiem, ani śmiercią, ale czymś większym od nich obu.

Belzebub kazał mi to zrobić
Groza nigdy się nie powtórzyła i aż do dziś[5] raduję się uczuciem rozpuszczenia.
Kreśliłem swój postęp magiczny na wielu mapach, od alchemii przez buddyzm aż po A.’.A.’., ale w przypadku tej absolutnej grozy i opisu czego można oczekiwać nie znalazłem nic poza powyższym fragmentem.
Co Gurdżijew wydaje się sugerować, a poparte jest moim doświadczeniem, absolutna groza nie jest rzadka tuż przed pierwszym doświadczeniem tego, co nazywa Bezkońcowością[6], a kiedy się pojawia, to tylko raz.
Co ciekawe, istnieje wpis w magicznym dzienniku Crowley’a „John St John”[7], w którym wspomina on bardzo podobny wypadek lęku przed rozpuszczeniem się – który i tu pojawił się jednokrotnie.

To żart, prawda?
Jednakże na stronie 840. „The Confessions of Aleister Crowley”, Crowley prezentuje taki oto wpis z dziennika, dotyczący wydarzenia mającego miejsce dawno po tym opisanym w „John St John”[8]:

Myślę, że łatwiej będzie mi przekazać jakieś wskazówki co do tego ogromnego objawienia, którego doznałem, jeśli po prostu przytoczę łamane, szokujące słowa, którymi zapisałem to w tamtym czasie. Jak będzie można zauważyć, nie śmiałem napisać co to naprawdę było, ale pamiętam jak musiałem przywoływać głęboko ukryte nawyki wyrabiane latami, by uzyskać odwagę dowleczenia się do dziennika. Czułem się jak śmiertelnie ranny żołnierz, gryzmolący własną krwią przeraźliwie katastroficzne informacje, których poszukując stracił życie.
17:00. Medytacja tego popołudnia zaowocowała inicjacją tak zadziwiającą, że nie ważę się wskazywać na jej Słowo. To najwyższy sekret Maga[9] i jest tak ohydny, że nawet teraz drżę[10] — ponad dwie godziny później — a wydarzyło się o 14:20 — kiedy to piszę. W jednej chwili uzyskałem Klucz do całej chińskiej mądrości. W świetle — zdarzyło się to w mgnieniu oka — tej prawdy wszystkie religie i systemy filozoficzne stały się całkowicie infantylne. Nawet Prawo[11] wydało się nie więcej niż ciekawym wypadkiem. Pozostałem całkowicie skonsternowany, oślepiony, wiedząc jaki jaśniejący obraz spoczywa w świątyni. Nie rozumiem, jak moi bracia Magowie mogli iść dalej mając tę wiedzę.
Tylko jedno przesłaniało mi tę wizję Jowisza — bo tak mogę ją zwać! — a było to Samadhi, które natychmiast przerwało moją koncentrację Sammasati. Można to opisać tylko niejasno jako pojednanie dwóch przeciwieństw, z których jedno wyraża się w zdaniu: „Istnieje rozróżnienie między dobrem a złem”.
To doświadczenie dogłębnie mną wstrząsnęło. Zmuszenie się do tego wpisu wymagało okropnej walki. Sekret przychodzi Ścieżką Alef do Chochmy. Mógłbym opisać go w kilku jednosylabowych słowach, gdy większość ludzi by tego nawet nie zauważyła. Ale ma moc wtrącić każdego Mistrza Świątyni do Otchłani i wystrzelić każdego adepta Różanego Krzyża do Klifot. Nie dziwota, że Jeden rzekł iż Księga T leży spopielona w Urnie Maga! Nie mam pojęcia jak wpłynie to na moją obecną sytuację. Nawet Droga Dao wygląda idiotycznie — ale z drugiej strony na tym przecież polega! Przypuszczam więc, że to wszystko. A jej wolność, w głęboko fascynującym i odrażającym sensie przekracza moje najdziksze koncepcje.

Cóż, to chyba oznacza, że mam na co czekać.


[1] – Autor odnosi się do jednej z form medytacji wglądu (insight), polegającej na uważnym odnotowywaniu wszelkich wrażeń, form aktywności umysłu i innych obiektów, jakie pojawiają się w polu świadomości. Po więcej odsyłam do wspomnianej wcześniej w tekście książki „Mastering the Core Teachings of Buddha”[.pdf; 1,4MB; ENG] lub „ściągawki”[.pdf; 60kB; ENG] tego samego autora.
[2] – można się domyślać, że chodzi o filozoficzne znaczenie terminu „zjawisko”.
[3] – chodzi o wydanie Autora; w chwili pisania nie posiadam polskiej edycji książki dla skorygowania.
[4] – jw. z braku wydania polskiego niniejszy fragment podaję w tłumaczeniu własnym.
[5] – wpis datowany na 14.02.2007.
[6] – w oryg. Endlessness. Patrz uwaga do tłumaczenia Części Pierwszej.
[7] – w internecie dostępny, m.in. tu[ENG].
[8] – tłumaczenie własne.
[9] – wielka litera sugeruje, że chodzi tu o stopień Maga wg Crowley’owskiego A.’.A.’..
[10] – pozdrawiając domorosłych inwizytorów i teoretyków iluminacko-satanicznego spisku polecam czytać dalej i nie wyrywać tego cytatu z kontekstu; ciąg dalszy wskazuje, że to niekoniecznie Szatan wreszcie objawił Alowi o co tak naprawdę chodzi z tym interesem.
[11] – mowa oczywiście o „Prawie Thelemy„, którego Crowley był Prorokiem.

Reklamy

Komentarze»

No comments yet — be the first.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: